hotelpfad blog

Twój nowy blog

Leniwie…

2 komentarzy

Z głośników sączy się leniwa, niedzielna muzyka. Trąbka i saksofony delikatnie muskają przyciemnione wnętrze. Dwoje młodych ludzi przy stoliku obok rozmawia o studenckim życiu, zaśmiewając się z przygłupawych tekstów w magazynie dla kobiet.
Popołudniowe słońce wkrada się przez drzwi do ciemnego wnętrza, oświetlając laptopa, nad którym siedzi młody chłopak z długimi włosami i słuchawkami na uszach. Troje przyjaciół przy barze dyskutuje o flimach Zanussiego. Dwie Polki tłumaczą młodemu Amerykaninowi, co znaczy „Życie jako śmiertelna choroba przenoszona droga płciową”. Amerykanin właśnie przyjechał z Berlina i chce uczyć Polaków angielskiego.

A ja w myślach robię im wszystkim zdjęcia. Zdjęcia niedzielnego, krakowskiego popołudnia, które tak lubię.

Klasztornie

1 komentarz

Nie jestem pewien, czy w Klasztorze tak właśnie należy się zachować. W każdym razie, robić zdjęć nikt nie zabronił. No chyba, że pająkom… Albo wężom. Brrrrr.

Można też fotograficznie flirtować z polską armią, lub prosić Opatrzność, żeby ktoś w końcu usiadł na tej pięknej ławeczce.

To wszystko jednak tylko piątkowe, przedweekendowe dodatki do tego cudownego zapachu jesiennych liści w miejscu tak wielu dziecięcych wspomnień. Dziś zostały spięte klamrą z dorosłością. Klamrą pocałunku i wtulenia się w siebie z całych sił.

Na Twoje: „Daj mi klucze, pojadę do Ciebie” odpowiedziałbym „Czasem chciałbym Cię ukraść”.

Dziś ukradłem. Na trochę.

Pić mi się chce.
Nie dopiłaś wody.
To nie szkodzi, wrócę tam jeszcze.

Wrócisz.

Najbardziej zapamiętałem, jak w ciemnym przejściu muzeum, obejmujesz mnie od tyłu i oplatasz rękami mój brzuch. Chciałbym jeszcze pozwiedzać. Choć nie było tam do śmiechu.

Literami w książkach wypełniły się luki, białe plamy sprzed kilku miesięcy. „Musiał nadejść ten czas”.

Możesz mówić o czymś innym? Czemu? Bo nie chcę znów płakać.

„Tobie – ja”.

1800

1 komentarz

Po afrykańskich drogach 1.800 km. Polczyłem zdjęcia. 1.800. jedno zdjęcie co kilometr. Marrakesz olśniewa, Fez zachwyca, Agadir zostaje w pamięci.

Za to Monachium, kiedyś rodzinne, dziś trochę drażni.

W domu, gdzie nie ma domu, jest za to niebiesko, pachnąco i letnio. Odświeżająco, schładzająco i powracająco :) A lekko zagięte fioletowe kokardki przy butach, wywołują uśmiech na samą myśl, że możnaby je przykleić :).

Personel w restauracji też się uśmiecha, a my sobie nic z tego nie robimy :)

Czasami myślę o tym, jakby to było – zrobić fotoreportaż z własnego życia. Nie pamiętnik, jak tu, gdzie słowami maluje się kreację własnych wyobrażeń. Nie urywki zapisanych gdzieś rozmów, z których między słowami odczytywałbym dni i tygodnie. Nie nagrania głosu czy ruchomych obrazów, nastrojowe, albo sytuacyjne. Ale właśnie zdjęcia. Jedna dwusetna, a może jedna sześćdziesiąta sekundy, zatrzymana na światłoczułej matrycy już na zawsze.

Zrobiłbym zdjęcia różnych kolorów sukienek. Czerwień namiętna kontrastująca z brązową opalenizną rozpiętych ramion. Czerwień pastelowa odbijająca się w falach rzeki kołyszącej barką. Błękit letniego nieba zamkniętego w niewielkim pokoju na ulotne kilka godzin. Niepewna i nieskromna zarazem zwiewna biel jakby wahająca się czy uchylić rąbka swej łagodności. I wreszcie ta z falbankami, której jeszcze nie widziałem, choć wyobraźnia już nacisnęła migawkę.

Nie mam tych zdjęć. Tak samo jak wielu innych, które mógłbym zrobić. Na przykład butów. Zamszowych szpilek, kremowych oficerek, skórkowych brązowych czółenek… Albo rękawiczek, czasem za małych, a czasem nawet zupełnie niepraktycznych, ażurowych.. Albo buteleczek perfum… Albo prezentów przechowywanych w tajemnym miejscu…

A mimo to wciąż naciskam migawkę. Wciąż fotografuję. Na ogół z małą przesłoną, dającą małą głębię ostrości, uwypuklającą tylko jeden, ten jeden szczegół. 

I noszę w sobie ten piękny album, wciąż, każdego dnia wiele razy do niego zaglądając. Fotoreportaż z własnych uczuć.

Święta mają różne odcienie. Odcień tęsknoty i braku. Odcień złoconych ornatów, Odcień nowego zielonego obrusa i biało-żółtego kurczaka z porcelany. Albo rozmów z bliskimi, na które na codzień nie ma się czasu.

A dziś wieczorem podstawiłem pod kran z zimną wodą stalowy dzbanek, ekspres do kawy i patrzyłem jak się zapełnia. Wsunąłem w niego pojemnik na kawę, nasypałem pięknie pachnącego drobno zmielonego ziarna i lekko ugniotłem. Zakręciłem od góry i postawiłem na gazie. Po mieszkaniu rozszedł się wspaniały aromat. Aromat chwili, zatrzymania się na moment nad czymś zupełnie bez znaczenia.

Nie naszła mnie ta refleksja ostatnio. Już długo ją zauważam, płynie gdzieś obok, chyba już nawet o niej wspomniałem. Obserwuję sobie ją z daleka, czasem tylko, gdy ciszej i dłużej wokół, przypływa bliżej i zagląda do oczu. Wyzwolona albumami pełnymi czarno-białych zdjęć z przeszłości, jakąś piosenką, niekoniecznie starą, ale o dawnych emocjach traktującą, czy po prostu zwykłym niezwykłym Brakiem i… nasila się.

Refleksja o tym, że można nadrabiać emocjami, uczuciem, stracony, a może nie stracony, po prostu przeszły czas. Czas przeżyty w nie tym życiu.

Kiedy pierwszy raz to poczułem, myślałem, że to zwykły żal. Za nie spotkanym człowiekiem. Za nie uchwyconym spojrzeniem. Za nieskrzyżowaną linią życia. Za nie wypitym w parku winem. Za nie zagraną w górach, przy ognisku na gitarze piosenką. Za nie zdawanymi wspólnie egzaminami, albo za spacerem po jesiennych liściach nie teraz, ale może 15, a może nawet 20 lat temu…
I tak, to jest żal. Prawdziwy i silny, tak silny, że aż nieprzyjemny, że boli…

Ale ostatnio poczułem go w inny sposób. Nie jako złość, nie jako zazdrość, nawet nie jako smutek. Poczułem go jako swego rodzaju powinność, jako nadrabianie. Zamiast uczucia straty czasu odczułem chęć wejścia w ten przeszły złożony czas uczuciowy, aby poprzez niego wypełnić się kimś, kogo nie mogłem poznać. I poczułem, że to się naprawdę dzieje. Że siadam dzięki temu obok, że ciągnę za warkocze, że łapię za tę nastoletnią rękę, a może wpadam na dwudzietoparolatkę przelotem w jakimś przypadkowym tłumie. I że nie odczuwam już takiego żalu, odczuwam nadejście czasu przeszłego złożonego. Plusquamperfectum. Zdarzyło się przed tym co się zdarzyło. A ja staję się na własną rękę, samowolnie i nie pytając nikogo o zgodę tego częścią. Uruchamiam czynność „napraw piksele” i widzę jak powolutku w miejscach białych plamek zaczynają się pojawiać barwne pełne życia punkciki.
 
Zabieram je do siebie i sprawiam że nowy obrazek staje się częścią mojego życia, moich wspomnień.

Jutro się zbliża. Świeczek nie kupiłem. Nie ma takiach dużych tortów :).
A kryzysu wieku średniego jakoś ani śladu.
Ale nie znaczy to, że chwilami nie nachodzi mnie refleksja. Nawet nie teraz, nie dziś, ani wczoraj, cały ten rok chyba już obchodziłem tę 40tkę, szamocząc się w różnych odcieniach rozważań. I dlatego dziś nie mam natrualnego napadu przemyśleń.
A zresztą. Nawet jeśli były, zdominowane zostały przez inne wydarzenia, które ten ewentualny kryzys zastąpiły na tyle skutecznie, że przeszedł chyba niezauważony.
Powodów jest jednak więcej. A najważniejszy jest taki, że kryzys wieku średniego przychodzi chyba do ludzi, którzy mają nieciekawe życie, nie są kochani, albo żyją w wyblakłym cieniu mocno zużytych uczuć.
A u mnie wręcz przeciwnie. Na brak wrażeń nie mogłem ostatnio narzekać. A na temat wyblakłych uczuć nie jestem w stanie powiedzieć wiele, bo nigdy jeszcze moje życie wewnętrzne, kiedyś tam uznane za niebyłe, nie było tak intesnywne i tak piękne jak jest teraz. Wiem co mówię.
I chociaż sporo kosztuje, i chociaż czasami targa mną od jednej pustej ściany do drugiej, słowa proste i banalne, wypowiedziane nad kieliszkiem starki w niedawną grudniową noc nadal pozostają w mocy. „Wiem chłopie, że Cię boli pewnie, ale się ciesz, przynajmniej wiesz, że żyjesz”.
No więc się cieszę. A ta radość jest trochę jak danio pokonujące w reklamie tego wstrętnego głoda.

Po całym hotelu roznosi się zapach świeżo zaparzonej kawy, zmieszany z aromatem ciepłych kajzerek. W utrzymanej w tyrolskim stylu jadalni słychać brzęk filiżanek. Holenderska turystka gaworzy ze słowacką kelnerką nad jajecznicą. Obydwu wydaje się, że mówią po niemiecku, ale to nieistotne, ważne, że świetnie się dogadują. Czuję się jakbym wstępował właśnie do krainy dzieciństwa. Nic dziwnego dla kogoś, kogo pierwszym wspomnieniem jest widok 5 Alei nocą, kto sporą część swej młodości spędził w podróży, a takich Gasthausów jak ten zwiedził z rodzicami pewnie ze 100. Ciekawe, że pisząc te słowa odczuwam swego rodzaju zażenowanie, jakbym się przechwalał. Tak, jeszcze wciąż pokutuje w nas to dziwne przeświadczenie, że życiem nieco szerszym niż w dawnych siermiężnych polskich 4 ścianach nie należy się chwalić. a to przecież żadna moja zasługa, ot tak się ułożyło. Dzisiejsze nastolatki nie mają już chyba takich oporów.

Jednym z niewielu słów po niemiecku, które do dziś zna i używa moja mama, jest słowo gemütlich. Ciepło. Przytulnie. Ten język, nielubiany przez wielu, ta specyficzna atmosfera urokliwego porządku i czystości połączonych z gościnnością mieszkańców południowych Niemiec, Bawarii, Austrii, te kościółki z fantazyjnymi wieżami i wielkie ponad trzytysięczne góry wokoło były przez wiele lat moją ojczyzną, w wielu etapach zycia codziennością. Pierwsza klasa podstawówki, pierwsza klasa liceum, semestr studiów i jeszcze kolajne już krótsze etapy. Pierwsze kieszonkowe w markach szło na nastoletnie fascynacje muzyczne, winylowe Alphaville, Depeche Mode, Bruce Sprignsteen czy The Clash jeszcze dziś walają się pewnie po jakimś strychu. Podobnie jak zakupiony za jakąś nagrodę dwukasetowy magnetofon, na którym można było od kolegów z klasy przegrywać kolejne płyty.

Dziś powracam tu często jako zwykły turysta. A to na narty, a to przejazdem na wakacje. Nie ma już żółtych pasów na drodze, po których rozpoznawaliśmy z bratem, że to już Austria a nie Niemcy, nie mogąc równocześnie zrozumieć, jak między dwoma krajami może nie być granicy, policji, straży i celników. Nie ma towarów, przyprawiających o drżenie serca, bo obcych i nieznanych, Dziś wszędzie pasy są białe, a nutellę i mleko w kartonie kupić mogę za rogiem w Lewiatanie. Globalizacja.

Ale dzieciństwa nie da się zglobalizować. Jakiekowliek zaszły potem zmiany, pozostanie ono tylko moje.

100 lat

2 komentarzy

Jak w poniedziałek. I jak w środę.
Jak dziś wieczór i jak jutro po 13 z malutką bransoletką, która dziś pewnie nie zmieściłaby się na nadgarstku.
Jak przedwczoraj a jak pojutrze?

Mam czasem takie dziecinne zabawy z własnym rozumem. Zamykam oczy, staram się zupełnie wyłączyć myślenie i zadaję pytanie, gdzieś tam. W bezkres. O coś ważnego, tylko o takie rzeczy pytam. I bardzo rzadko. Bo tylko wtedy to działa.
I stanąłem dziś gdzieś w biegu, może to było w samochodzie zaparkowanym na krawężniku. I zamknąłem oczy. I zapytałem. A odpowiedź brzmiała: „Będziesz”.

I choć wiem, że to dziecinne zabawy, wiem, tak wiem. Że to właśnie były Życzenia.


  • RSS